poniedziałek, 30 października 2017

Zanim przyszła jesień,

czyli garść zdjęć z wrześniowych i październikowych spacerów z moją małą Turbo Myszką.

Kiedyś powtarzałam, że nie jestem fotografem, ale chciałabym być - i że nie umiem robić zdjęć, ale uwielbiam to robić. Od jakiegoś już czasu pozbywam się kompleksów. Wiem, że nie jestem profesjonalnym fotografem i absolutnie nie zamierzam nawet próbować nim zostać. Musiałabym wówczas zrezygnować z tej lekkości, którą czuję, kiedy biorę w dłonie aparat (albo telefon, o czym pisałam tu i tu). Teraz, kiedy robię zdjęcia, nie muszę myśleć o tym, czy komuś się spodobają. Sformułowanie "zatrzymuję chwile" brzmi niezwykle naiwnie i banalnie, prawda? I co z tego? Bo ja właśnie to robię.
Ostatnio wielką przyjemność sprawia mi "psucie" zdjęć. Wygląda to tak: biorę na warsztat jakieś nieudane, niedoskonałe zdjęcie i grzebię przy nim tak długo, aż albo wyeksponuję jego wadliwość, albo zatuszuję ją jeszcze innymi niedociągnięciami. Czasem rozświetlam do przesady ciemne zdjęcia, czasem przesadzam z kontrastem, czasem z kolei przyciemniam zdjęcia, na których z powodu prześwietlenia niewiele było widać. Efekty bywają przedziwne, ale bardzo lubię na nie patrzeć, bo oddają klimat chwili, kiedy na przykład gapiłam się na las pod światło i mrużyłam oczy, próbując "ściemnić" obraz - i dopiero wtedy dostrzegałam, że to, na co patrzyłam, to nie las, ale grupa drzew wokół domku czy stodoły. Przebarwienia na zdjęciach są efektem próby przełożenia tych "zabaw okiem" na "zabawy aparatem i programem" - to celowe, lubię je i nie zamierzam usuwać, chociaż na pewno bym mogła. Kiedy przez długie chwile maniakalnie wgapiałam się w widoki pod ostre światło, naprawdę widziałam te przebarwienia, więc i na zdjęciach mają być. 
Co sądzicie o takim podejściu do fotografii? Stawiacie na doskonałe i dopracowane kadry czy lubicie też niedoskonałość, która jest odbiciem tego, co naprawdę widzieliście, robiąc zdjęcia?
Żeby nie było, że zajmuję się tylko "psuciem" zdjęć, jak lubię to nazywać... Zupełnie przypadkiem i niechcący zaczęłam dzięki takiemu podejściu robić zdjęcia "na poważnie" - przygarnęła mnie grupa rekonstrukcji historycznej, która akurat zaczynała kłaść coraz większy nacisk na fotografię rekonstrukcyjną, potrzebowała kogoś, kto niekoniecznie umie robić zdjęcia, ale lubi... i tak się zaczęło. Dzięki chłopakom poznałam "prawdziwych" fotografów, którzy nauczyli mnie cudów, które w życiu nie przyszłyby do głowy. Okazało się, że ludzie chcą oglądać historię, która jest na moich zdjęciach. Dodało mi to niesamowicie pewności siebie, przestałam bać się aparatu i, przede wszystkim, programów graficznych. Niezależnie jednak od tego, że zaczęłam robić "prawdziwe" zdjęcia, dalej w wolnych chwilach i przypływie skrzywionej weny cykam te prześwietlone/niedoświetlone stodoły czy świecące w prawie-ciemnościach szyny kolejowe i sprawia mi to wielką przyjemność.
Poniżej zamieszczam kilka zdjęć, których robienie sprawiło mi wyjątkową frajdę. Przy każdej z tych mini-sesji wiernie towarzyszył mi Mały Jack - bo od kiedy mam psa, fotografuję o wiele, wiele więcej! Wiecie, że machał ogonem za każdym razem, kiedy naciskałam spust migawki? Jakby czuł, że sam fakt robienia zdjęcia jest już powodem do dzikiej radości. Mądre mam zwierzę, prawda?









piątek, 27 października 2017

Projekt: z okna

W tej notce - chyba po raz pierwszy w historii bloga - nie będzie ani słowa o psie!

Jeszcze kilka słów w nawiązaniu do tego, co ostatnio napisałam o zdjęciach robionych komórką. Do pracy (właściwie do jednego z miejsc pracy) dojeżdżam autobusem. Uwielbiam te momenty, kiedy zakładam słuchawki, zamykam oczy i pozwalam sobie na dokładnie 35 minut odcięcia od świata, który zostaje na zewnątrz. Mam szczęście, bo tam, gdzie jadę, udaje się bardzo niewielu pasażerów, zdarza się nawet, że autobus jest pusty. Można wygodnie rozłożyć się, oprzeć głowę i przymknąć oczy... albo zerkać na krajobrazy, które przesuwają się za oknem.
Szyby autobusu zwykle są brudne. Na ogół też wewnątrz pali się światło, więc patrząc w okno, poza widokami z zewnątrz widzę też odbicie tego, co w środku. Efekt bywa ciekawy. Czasem jest to prostu rozmycie pezażu zza okna, czasem "doświetlenie" go, a czasem dodanie nieistniejącego w rzeczywistości elementu. Im szybciej jedzie autobus, tym trudniej zatrzymać moment. Próbowałam kiedyś z lustrzanką, ale zanim złapałam ostrość, te przedziwne widoki uciekały. 
Komórką wyszło o wiele lepiej. Oczywiście, wiem że te zdjęcia są mocno niedoskonałe. Wiem, że głównym ich tematem, poza kaszubskimi krajobrazami, są... błędy. Nie chodzi o to, że jestem wobec siebie bezkrytyczna i nie dostrzegam nieostrości czy "mgły" (która mogła być moim oddechem albo zwyczajną brudną plamą na szybie!), która zasłania pół kadru. Chodzi o to, co chcę pokazać i zapamiętać - nie widoki i pejzaże same w sobie, ale to, jak owe widoki i pejzaże wyglądają, kiedy się je obserwuje z okna wlokącego się autobusu. Taki dokument codzienności PKS-owych dojeżdżaczy.

Kilka lat temu, kiedy rozpoczęłam pracę na wsi na Kaszubach i jeszcze nie prowadziłam bloga, zrobiłam sama dla siebie projekt: moja droga do pracy. Starałam się fotografować te same elementy co tydzień o tej samej porze. Dzięki temu mam dziś folder pełen zdjęć zmieniających się drzew (od zaliścionych na zielono przez żółte i pomarańczowe aż po same łyse badyle) i chodników (albo suchutkich, albo pokrytych kałużami czy mazią rozkładających się liści). Dziś bardzo chętnie te zdjęcia oglądam, ale nie chciałam powtarzać tej samej zabawy rok w rok. Wówczas zresztą fotografowałam lustrzanką, bo zdjęcia robiłam albo w moim mieście, albo już na miejscu, przed pracą. Trasa autobusowa nie została uwieczniona.
W tym roku, oglądając po raz kolejny efekty tamtego projektu, postanowiłam go nieco wzbogacić i zmodyfikować. Po nieudanych próbach uchwycenia uciekających pejzaży moim Nikonem zdecydowałam się na dokumentację najzwyczajniejszym w świecie smartfonem. Oto efekty.












Dlatego właśnie uwielbiam nie tylko moją pracę, ale i dojazdy do niej. Niestety, to już ostatni rok, za co zdecydowanie podziękować muszę autorom wdrażanej od tego roku reformy oświaty. Pozbawić mnie takich cudnych widoków o poranku - to jest najprawdziwsza zbrodnia!

sobota, 21 października 2017

Ostatnio zdecydowanie za mało spacerujemy

i kiedy już w końcu ruszamy w teren, pies przez pierwszych kilka minut zachowuje się jak chomik wypuszczony z klatki. Pozwalam mu swobodnie węszyć - więc podążamy tam, gdzie nas jackusiowy nos zaprowadzi. Po dłuższej chwili Mały uspokaja się i prowadzi mnie w miejsca, gdzie uświadamiam sobie, że naprawdę potrzebuję odpoczynku. Po żadnym z "miejskich" spacerów nie czułam się nigdy tak spokojna, tak odprężona jak wówczas, gdy lądujemy w trawach i krzakach albo na leśnych ścieżynkach - bo tak wybrał pies.
Zawsze uwielbiałam spacery, ale ostatnio jakoś nie mogłam zebrać się w sobie. Dopadła mnie jesienna chandra - seria wilgotnych, deszczowych dni sprawiła, że wychodziłam z psem do ogródka, pobawić się i pokręcić, ale nie miałam ochoty na żadne dłuższe wędrowanie. Jeszcze kilka lat temu wybieraliśmy się z R., wówczas jeszcze moim po-prostu-chłopakiem, na spacerowe randki. Nie przepadaliśmy za spotkaniami w domach żadnego z nas, bo akurat oboje mieszkaliśmy z rodzicami, a wiadomo, swobodnie rozmawia się tylko wtedy, kiedy nikt nie kręci się za drzwiami. Potrafiliśmy wtedy godzinami włóczyć się po parku, nieważne jaka była pogoda... Ale nie mieliśmy wówczas psa, który by na tych spacerach korzystał. Dziś, cóż - pies jest, ale mojemu mężowi zupełnie odechciało się spacerów. Nawyk rozmawiania został, oczywiście, ale teraz nie musimy chodzić po to do parku - no i przyszedł leń. Albo Leń, niestety.
Coś z tym trzeba będzie zrobić.

 





Jeszcze kilka słów o zdjęciach, które zamieszczam na blogu tej jesieni. Ostatnio prawie w ogóle nie noszę ze sobą aparatu, wszystko cykam komórką i odkrywam wielkie tego zalety. Oczywiście, zdjęcia nie są dobre jakościowo, ale mam wrażenie, że o wiele łatwiej jest uchwycić moment - nie zastanawiam się nad ustawieniami aparatu, nie przykładam wizjera do oka, po prostu obracam komórkę (ustawiłam opcję, w której ten jeden gest uruchamia aparat) i strzelam. Obróbka takich zdjęć to właściwie jedynie kadrowanie i ewentualnie jakiś filtr. Obrabiam je najczęściej już na telefonie, czasem w DxO, jak te zamieszczone powyżej (lekkie przycięcie kadru i filtr mist, mój absolutny numer jeden na jesienne klimaty). Poniżej jeszcze jedno zdjęcie, którego na pewno nie zrobiłabym lustrzanką, bo bym po prostu nie zdążyła. Na fotce kawałek głowy Jacka i jego ukochany "wujek" - taki , co zawsze daje gryza marchewki i czasem nawet skrawek szyneczki, kiedy udaję, że nie patrzę. Fotka obrabiana w telefonie.


Co myślicie o takiej komórkowej fotografii?

poniedziałek, 9 października 2017

[Inspirowane obrazkiem: Kiedy możesz zbić psa?]

... wtedy i tylko wtedy, gdy grasz z nim w warcaby.
[Psie Sucharki]

Dokładnie.

Ostatnio bez przerwy obdarzana jestem mądrościami na temat wychowania, a skoro nie mam dzieci, specjaliści od wszystkiego pouczają mnie, jak wychowywać psa. 
Właściwie to ja lubię, kiedy ktoś mi doradza, ale cenię rady sensowne i mądre. Zwykle, kiedy takiej potrzebuję, przeszukuję Internet i wszelkie wyczytane pomysły konsultuję z weterynarzem albo kimś obeznanym w temacie. Jak dotąd, nigdy nie wyszłam na tym źle. Zupełnie inne podejście mam za to doradzaczy samowolnych. Do tej pory absolutnym hitem był mój kuzyn (wielki fan Cesara Milana), który mówił, że nie powinnam prowadzić psa na spacery w szelkach, tylko zakładać mu na szyję cieniutką linkę i w ten sposób będę miała bezpośredni kontakt z psim mózgiem. To było mniej więcej rok temu, ale kiedy to sobie przypominam, wciąż mam w okolicach żołądka uczucie przepotężnego zadziwienia. Bo ja to się kontaktuję z psim mózgiem, kiedy rozmawiam z psem. Kiedy wydaję mu komendy, tulę go i miziam, kiedy wydajemy do siebie z Jackiem różne dźwięki, niekoniecznie ludzkie. Szelek i smyczy używam natomiast dla bezpieczeństwa psa, a nie po to, żeby po kabelku wgrać coś bezpośrednio do jego łepetyny. Kiedy wytłumaczyłam to kuzynowi, pokiwał głową, ale w oczach błysnęło mu "Ja wiem swoje, a Tobie pies wlezie na głowę".
[A wiecie, co jest najfajniejsze? Kiedy pies naprawdę wchodzi mi na głowę, tzn. kiedy pochylam się, a diabelec wskakuje mi na plecy i wpełza wyżej, robiąc z siebie szaliczek. Oczywiście, zawsze z asekuracją Pana, który pilnuje, żeby w czasie wspinaczki pies nie spadł. Czyli wychodzi na to, że to dzięki temu, że nie słucham kuzyna od linek do psiego mózgu, mam psa-akrobatę!]

Nieco poważniej robi się jednak, kiedy ktoś mi doradza, jak mam karać psa albo kiedy ktoś informuje Jacka, że zaraz mu wleje. W takich momentach mam ochotę powiedzieć "Jack, gryź", ale niestety Mały nie zna takiej komendy i prędzej odgryzłby chyba własny ogon, niż tak na poważnie, nie w zabawie, użarł człowieka. Tak serio, dlaczego ktoś każe mi bić mojego psa - i to zwykle za coś, do czego sam mojego psa zachęca?
Przykład: ktoś wydaje z siebie dzikie śmiechy i piski, skacze i macha rękoma. Dla mojego Jacka to sygnał jednoznaczny: zabawa. A zabawa oznacza tryb skakania, szarpania i ostrych sprintów po pokoju. My, właściciele, na to pozwalamy, bo tak się z naszym psem lubimy bawić. Kiedy nie mamy na to ochoty, takiej zabawy po prostu nie inicjujemy, a kiedy zaczyna ją pies, informujemy go, że "Nie teraz" albo dajemy mu jakieś inne zajęcie (zabawki, węszenie, gryzak, spacer) i po problemie. Tymczasem już kilka razy zaobserwowałam, że ludzie zachęcają Jacka do zabawy (chociaż ostrzegam ich, jak ta konkretna forma zabawy wygląda), bawią się dwie sekundy, po czym nagle zaczynają krzyczeć na psa, że ma przestać szaleć.  Krzyczeć - a dla Jacka krzyk tuż po krzykliwej zabawie oznacza po prostu jej... kontynuację. Mały nie rozumie, że to koniec i ma przestać. Żeby się uspokoił, trzeba mu to po prostu - zdecydowanie, stanowczo i z poważną miną - POWIEDZIEĆ. Tymczasem tacy dwusekundowi rozbawiacze nie radzą sobie, ale też nie chcą posłuchać mojej rady (chociaż to mój pies i wiem, na jakie słowa/komendy zareaguje), a zamiast tego wrzeszczą: Przestań skakać, bo zaraz dam ci lanie.
A im głośniej krzyczą, tym bardziej pies skacze, bo widocznie zabawa jest coraz fajniejsza.

Nigdy jeszcze nikt nie uderzył mojego psa. Zanim do tego dojdzie, ogłaszam zwykle publicznie, że "Mojego psa nikt nigdy i nigdy nie ma prawa uderzyć" i zapada krępująca cisza, co najmniej taka, jakbym puściła głośnego bąka. Bo jak to tak: nie ma prawa? Psa?
Ano, nie ma.
Podejrzewam, że wybaczyłabym, gdyby ktoś uderzył Jacka niechcący albo w samoobronie... ale tej drugiej sytuacji nie jestem w stanie sobie nawet wyobrazić, bo Mały nie jest agresywny. W ogóle. Niemniej gdyby był i ktoś by spanikował i tak zareagował - pewnie bym wybaczyła i natychmiast zaczęła szukać sensownego rozwiązania.

Wiem, że w polskim społeczeństwie panuje zgoda na bicie. 
Wkurza Cię sąsiad? Fantazjujesz, że kiedyś, w ciemnym zaułku, dasz mu w zęby i będzie po problemie. Koleżanka ma niegrzeczne dziecko? Powinna mu wlać i z głowy. I oczywiście dawniej, kiedy nauczyciele mogli uderzyć ucznia, wszystko było dobrze, szacunek był i te sprawy. A psa to można uderzyć ot tak, bo to przecież nie człowiek, więc słowami nie rozumie.
Mam dość tej wszechobecnej przemocy. Wszechobecnej, nawet nie w sensie praktycznym, ale w słowach, języku, w mentalności. Czuję się inna i napiętnowana, kiedy mówię, że nie akceptuję bicia kogokolwiek z ŻADNEGO powodu - a ludzie milkną i patrzą na mnie jak na wariatkę. Wiem, że kiedy nie biję mojego psa, są przekonani, że na pewno kiedyś, kiedy będę miała dzieci, puszczą mi nerwy i uderzę. Nie wiem, może, ale wiem, że zrobię wszystko, by nigdy do takiej sytuacji nie doszło.

poniedziałek, 2 października 2017

A w zeszły weekend spacerowaliśmy po lesie


Uwielbiam tę porę roku, kiedy wszystko jest jeszcze ciepłe i jasne, ale momentami za mgłą, jakby nie całkiem z tego świata.



Próbowaliśmy zbierać przeróżne cuda, które uznawaliśmy za jadalne, o takie:

  

 I takie:


Ale to stworzenie zbierało przede wszystkim...
 

 o takie:



Zbierało i wypluwało. No cóż.



Ciągle jednak małpiszon domagał się chwalenia, że pięknie zbiera, to chwaliłam, cóż było zrobić. Na szczęście każdy złowiony żuk po obszczeku i torturach zostawał w lesie, cały i zdrowy, chociaż pewnie mocno zdenerwowany.

A takiego... Takiego to nawet nie próbowaliśmy zbierać. Po powrocie z lasu, już w pełnym słońcu i bez mgły, tylko się zachwycaliśmy:


niedziela, 24 września 2017

Dwa plus pies,

czyli, zgodnie z obietnicą, ostatni post o ślubie.

Zacznę od tego, co się nie zmieniło.

Nie zwracamy się do siebie "żono", "mężu". Kiedy słyszę słowo "mąż", mam dzikie napady śmiechu, niestety. Mąż, super, ale jaki, czyj? Że niby mój? Hmmm. Pierwszą słowno-mężową wpadkę zaliczyłam już na własnym weselu, kiedy pani z obsługi częstowała gości jakimś pieczonym prosięciem, podeszła do mnie (samotnie pożerającej ciasto przy stoliku młodej pary) i zapytała: 
- Czy odłożyć kawałek szynki dla męża?
Na widok mojej konsternacji uzupełniła:
- Dla PANI męża.
Ach, no tak.

Nie zmieniło się też to, że nadal (i bez żadnych podtekstów) uwielbiam kiszone ogórki i to, że jem je, kiedy tylko mogę, nie oznacza, że Jack będzie miał ludzkie rodzeństwo. I tak, czasem krótko po wykończeniu słoika sięgam po tabliczkę gorzkiej czekolady. Pomiędzy jednym a drugim wypijam na szczęście herbatę. 
Nie zmieniłam nazwiska. 

Nie stałam się aniołem cierpliwości, nie zaczęłam sprzątać w domu.

Pies nie stał się wcale spokojniejszy, chociaż ma teraz "legalną" rodzinkę i nie musi, biedaczek, żyć z dzikusami na KOCIĄ łapę. Słyszał ktoś kiedyś o terierze, któremu dobrze się żyje na kocią łapę? Nie? No właśnie.

Nadal nie lubię wesel, chociaż moje własne uważam za zdecydowanie najlepsze, jakie można sobie wyobrazić, i naprawdę dobrze się na nim bawiłam. Jestem jednak przekonana, że nie da się nas przebić i wszystkie inne wesela były, są i będą torturą trudną do przetrwania. 

Co się zmieniło?

Nazwisko mojego męża :-) 

I właściwie to wszystko.

Chociaż... zmienił się też blog, ale to już nie z powodu ślubu. Jak widzicie, powoli odchodzę od formuły psiego bloga. Coraz bardziej uświadamiam sobie, że jest tyle spraw, które mnie zajmują, tyle obserwacji, którymi chciałabym się podzielić, a które nie zawsze wiążą się z Jackiem... Mam to szczęście, że mój pies nie sprawia szczególnych problemów, nie funduje nam w życiu żadnych dramatycznych zwrotów akcji. Żyjemy sobie miło i na ogół spokojnie. Nie mam też wiedzy, by pisać o sprawach związanych z psami w ogólności. Okazało się, że przy ograniczeniu tematyki bloga do Małego Jacka, pisałabym tak jak dotąd - raz na miesiąc - głównie o przyjemnostkach i spacerach, a tymczasem mam ochotę (i potrzebę), by pisać znacznie więcej! Wyzwalaczem tego stanu był, oczywiście, ślub - w którym pies nie brał udziału. (Podczas całej uroczystości i wesela myśleliśmy o nim jednak bez przerwy, więc do ślubnego albumu zostanie dołączone zdjęcie Małego w fioletowej (pod kolor moich ślubnych dodatków) muszce. Jack paradował w niej w dniu ślubu od rana, ale kiedy wychodziliśmy do kościoła, został uwolniony, żeby przypadkiem nie próbował jej w samotności zeżreć.) Jak się okazuje, od pisania o ślubie swobodnie odpływałam w kierunku myśli o pracy (tu sporo zmian, ale o tym w innym poście), coraz częściej w wolnych chwilach eksperymentuję w kuchni (czego nie należy mylić z gotowaniem; gotuję z zamiłowania od ładnych kilku lat, ale ostatnio tworzę zupełnie nowe rzeczy i to już zahacza o eksperymentalizm), myślę o nowych projektach fotograficznych... i ciężko mi to wszystko przemilczać.
W związku z tym myśl, która nachodziła mnie od dawna, została wprowadzona w życie. 
Zamiast bloga "Pies, my i cała reszta" startuję z tytułem "Rodzina dwa plus pies". Bo jesteśmy rodziną, co do tego nie mam wątpliwości. Nie dorobiliśmy się (i na razie nie planujemy tego zmieniać) dwójki dzieci, żeby było ładne 2 + 2 (i 500+), ale czujemy się rodziną, budujemy ją i wzmacniamy, a jednym z najważniejszych elementów wzmacniających jest właśnie Mały Jack - najlepszy na świecie przyjaciel, przytulanka, motywator do ruszenia tyłka z kanapy, rozweselacz, mistrz upierdliwości, wszystko w jednym.
Zamierzam pisać o życiu całej naszej trójki. Na pewno będzie jeszcze dużo o Jacku! Półtora miesiąca milczenia na blogu przyniosło mi też mnóstwo innych wrażeń, refleksji i tematów, o których koniecznie chcę napisać. Gotujcie się!

Aby zamknąć wątki ślubne, kilka zdjęć z samej uroczystości. Wszystkie poza pierwszym (które zrobiłam ja) i ostatnim wykonał Łukasz z Reenacting Photography, mój fotograficzny guru. Ostatnie to oczywiście selfie wykonane przez mojego mądrego pieska, ja tylko pomagałam mu trzymać aparat.




sobota, 5 sierpnia 2017

Przedostatni post o ślubie

Przedostatni... Bo ostatni będzie pewnie już po. Kilka refleksji chciałabym jednak zapisać teraz, póki jeszcze nie wiem, czego się spodziewać.
Tym, co zdecydowanie zmieniło moje myślenie o akcji ślub, było pojawienie  się  w naszym domu Jacka. Co prawda zaręczyliśmy się dość dawno, jeszcze zanim w ogóle pomyśleliśmy o psie, ale konkretne plany ślubne pojawiły się w zeszłe wakacje, kiedy Mały był jeszcze Bardzo Absorbującym Szczylem. Nic dziwnego, że każda myśl o weselu prędzej czy później prowadziła nas do tematu psa...Po długich wahaniach uznaliśmy, że Jack zostanie w domu, ze swoimi zabawkami i miejscem w sypialni. Po prostu wszystkie osoby, które pies zna i lubi i u których mógłby bez problemu zostać na noc, będą na naszym weselu. Uznaliśmy jednak, że impreza nie odbywa się aż tak daleko, żeby nie dało się wieczorem podjechać do psa, zabrać go na szybki spacer i mini-szaleństwo z piłką, a potem niepostrzeżenie wrócić do gości. Może przy okazji zrobimy sobie sesję zdjęciową z Małym w ogródku?
Gdyby nie kilka slubno-weselnych wpisów na psich blogach, do których ostatnio wróciłam (Biały Jack, Pies w Warszawie), miałabym chyba wrażenie, że jestem jedyną osobą na świecie, która przy planowaniu takiej uroczystości myśli o zwierzaku. Na szczęście takie śluborelacje utwierdzają mnie w przekonaniu, że nie tylko ja uważam, że są rzeczy ważne i ważniejsze.
Z tych ważniejszych: moja suknia wczoraj została odebrana, Pan Młody dopiero dziś wybrał się na poszukiwanie garnituru (właśnie zadzwonił, że na szczęście udane), ale Jackuś ma już swoje wdzianko od kilku tygodni.


A tu już z nagrodą za piękne pozowanie.
 


 ***
 Kiedy błądzę po blogosferze i trafiam na blog kogoś, kto szykuje się na podobną zmianę w życiu, zwykle wszystkie etapy przygotowań rozpisane są na miesiące, a nawet lata wstecz. Wszystko odbywa się według planu, każdy drobiazg ma znaczenie... Są takie chwile, kiedy mnie to przeraża. Nie jestem typem osoby, która miesiące wcześniej lata do kosmetyczki na serie przeróżnych zabiegów, nie odwiedziłam kilkunastu fryzjerek i makijażystek, żeby zrobić próbę tego, co będę miała na paszczy i łbie 12 sierpnia. Owszem, jakiś tam harmonogram działań miałam, bo już chociażby rezerwacji sali i terminu w kościele trzeba było dokonać ze sporym wyprzedzeniem. Mimo to jednak mam wrażenie, że podchodzę do sprawy zbyt... zwyczajnie, spokojnie, na luzie, a przy okazji nieco na przekór połowie rodziny. Chociaż mam suknię ślubną w klasycznej bieli, dodatki są już zdecydowanie bardziej kolorowe - i dobrane do muszki psa, bo ona została kupiona najpierw. Nie chcieliśmy z narzeczonym żadnych skomplikowanych układów tanecznych, żadnego "Mam cudownych rodziców", żadnych klasycznych zabaw i klimatów jak w "Weselu" Smarzowskiego, żadnej orkiestry z nieprzewidywalnym repertuarem (Paniii, my wam zagramy wszystko co chcecie diskopolo jak goście będą chcieli a jak nie to takie weselne tylko). 
Będzie za to improwizowany pierwszy taniec do piosenki z lat 50, będącej przy okazji elementem ścieżki dźwiękowej jednej z kilku gier komputerowych, które lubię, będzie  DJ grający taneczną muzykę - od rock'n'rolla począwszy na współczesnej elektronice skończywszy, blok muzycznych dedykacji i podstępnie wplecionych podziękowań zamiast klasycznego wręczania rodzicom prezentów przy tańcu w kółeczku; tort wjedzie przy "Marszu Imperium", a zamiast figurek weselnych będą postaci Lei i Hana Solo, a zamiast fotobudki, fontanny czekoladowej itp wyjdziemy z gośćmi na taras albo do ogrodu i wszyscy razem zapalimy zimne ognie - na pewno będą ładne zdjęcia. Wychodzi na to, że wesele najłatwiej mi opisać słowem "zamiast". Myślę, że taką imprezę powinnam przeżyć bez uszczerbku na zdrowiu psychicznym.
Czasem kusi mnie, żeby napisać, skąd wzięłam takiego fantastycznego chłopaka, narzeczonego. W ogóle napisać coś więcej o Nim, bo wychodzi na to, że piszę tylko o sobie i o Psie. To nie dlatego, że postać R. musi pozostać owiana mroczną tajemnicą, chociaż przez jakiś czas była, bo nie chcieliśmy się za wcześnie "ujawniać". Po prostu trudno tak mówić o tym, co najcenniejsze i czego nie da się odpowiednio nazwać słowami. I chociaż na początku roku postanowiłam zmienić nieco założenia bloga i pisać nie tylko o Jacku, ale i o nas, okazało się to bardzo trudne. Może uda się po ślubie? 

Trzymajcie kciuki dokładnie za tydzień o tej porze!

Oczywiście za Jacka, żeby mu się nie nudziło samemu w domu.